To już trzeci wyrok w tej głośnej sprawie. W lutym 2005 r. Sąd Okręgowy skazał mężczyznę na 15 lat więzienia, ale Sąd Najwyższy zdecydował, że sprawa wymaga ponownego rozpatrzenia. Najpierw zajął się nią Sąd Apelacyjny, który utrzymał wyrok sądu pierwszej instancji.
Obrona wniosła kasację, którą uwzględnił Sąd Najwyższy i sprawa, za pośrednictwem SA wróciła do Nowego Sącza. Przyczyną były wówczas nieścisłości w opinii biegłego z dziedziny medycyny sądowej dotyczące czynników, które doprowadziły do śmierci kobiety. W czerwcu ubiegłego roku SO w Nowym Sączu skazał grybowianina na 11 lat więzienia, przyjmując, iż nie ma dowodów na to, by sprawca planował zbrodnię i działał z zamiarem bezpośrednim pozbawienia życia. Uznał, że mężczyzna działał z zamiarem ewentualnym, bo, uderzając matkę w twarz z dużą siłą, musiał się liczyć z tym, że może spowodować ciężkie obrażenia zagrażające jej życiu. Jednocześnie wykluczono działanie w obronie koniecznej, uznając, że słaba kobieta i kochająca matka nie byłaby w stanie skrzywdzić syna. Wydając ten wyrok, sąd uwzględnił na korzyść oskarżonego wszelkie wątpliwości, których nie udało się jednoznacznie wyjaśnić. Ponieważ był związany ustaleniami poczynionymi w poprzednim postępowaniu, nie mógł wydać werdyktu bardziej surowego niż ten, który zapadł w poprzednim procesie. Mimo to obrona wniosła apelację i po wykorzystaniu wszystkich możliwości odwoławczych doprowadziła do wznowienia postępowania.
Oskarżony skorzystał z prawa odmowy składania wyjaśnień, argumentując, że robił to już wielokrotnie, zarówno w trakcie śledztwa, jak i poprzednich procesów. Dlatego sąd przez wiele godzin odczytywał jego zeznania zawierające przede wszystkim szokujący opis kawałkowania zwłok 63-letniej matki. Miał to być tragiczny skutek sprzeczki, do jakiej doszło we wrześniu 2003 r. Feralnego dnia 19-letni wówczas grybowianin wszedł z matką na strych, by posprzątać stare deski. Gdy schodził po schodach potknął się o wagę i popchnął idącą przed nim matkę, która upadła na plecy. Kobieta potraktowała to jako próbę zabójstwa. Jak zeznał, zaczęła krzyczeć, że jest opętany przez diabła. Gdy się uspokoiła, poprosiła, by wszedł z nią do kuchni. Tam chwyciła nóż i próbowała się na niego zamachnąć. 19-latek, chcąc uniknąć ciosu, złapał ją za rękę, po czym z całej siły wymierzył jej cios w twarz. Matka straciła równowagę, uderzyła głową w ścianę i bez znaku życia upadła na podłogę. Sprawca utrzymuje, że próbował ją reanimować, a gdy zorientował się, że nie żyje, wpadł w panikę. Nie wezwał pogotowia, uznając, iż jest na to za późno. Rozważał możliwość powiadomienia o wypadku policji, stał nawet przez kilka minut przed drzwiami komisariatu sąsiadującego z jego domem, ale ostatecznie zrezygnował z tego zamiaru, przekonany, że funkcjonariusze nie dadzą wiary jego wersji wydarzeń. Dlatego ruszył w miasto, by kupić wódkę, a potem także materiały i narzędzia budowlane. Postanowił rozkawałkować ciało i ukryć je we wnęce pod schodami, którą zamierzał zamurować. Najpierw odciął głowę. Schował ją do garnka, który przykrył pokrywką, by nie myśleć o tym, że ćwiartuje zwłoki matki. Potem przez 16 godzin ciął je na małe fragmenty, które gotował w 16 garnkach wypełnionych wodą i proszkiem do prania, który miał zniwelować nieprzyjemny zapach. Po zdjęciu skóry z głowy oblał ją benzyną i wraz z kręgosłupem próbował spalić. Czaszka poddawana przez dłuższy czas wpływowi wysokiej temperatury rozpadła się na kawałki po uderzeniu pogrzebaczem. W środku nocy mężczyzna zamurował garnki ze szczątkami we wnęce. Następnego dnia w domu pojawiła się policja wezwana przez przyjaciółkę zmarłej zaniepokojonej jej nieobecnością.
Grybowianin podkreśla, że mieszkanie było w tym czasie idealnie posprzątane, bo zadbał, by dokładnie usunąć wszelkie ślady po ćwiartowaniu zwłok. Utrzymuje, że nie mógł sobie poradzić z traumatycznymi przeżyciami, dlatego powiedział policjantom, by "rozbili wszystkie mury" wskazując w ten sposób miejsce ukrycia szczątków.
Jak ustalił sąd, do tragedii miał się przyczynić impulsywny charakter 19-latka, który od maja 2003 r. był mocno skonfliktowany z matką. Nie akceptowała ona jego związku z dziewczyną, z którą spędził wakacje i planował ułożyć sobie życie. Na tym tle dochodziło do awantur, a zdesperowany młody mężczyzna miał się nawet odgrażać w gronie znajomych, że kiedyś matkę zabije. Nikt jednak nie traktował tych słów poważnie. Choć ona sama bała się syna, o czym często opowiadała zaufanym osobom. Zaniepokojona tym, że nastolatek trzyma w swoim pokoju siekierę, kij bejsbolowy i łom poszła z nim do psychologa i psychiatry. Podejrzewała u niego chorobę psychiczną, której jednak nie zdiagnozowano. Po tragicznym zdarzeniu biegli uznali natomiast, że oskarżony jest osobą impulsywną, zdolną do gwałtownych zachowań, dążącą do natychmiastowego zaspokojenia swoich potrzeb. Stąd finansowy wątek sprawy, bo - jak dowodzili bliscy zmarłej - 19-latek domagał się, by dała mu pieniądze na budowę domu, w którym chciał zamieszkać ze swoją dziewczyną.
Sądecka prokuratura oskarżyła grybowianina o działanie z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia. Podkreślała, że był adoptowanym synem, którego zmarła adoptowała, gdy miał zaledwie dwa miesiące. Bardzo go kochała, wspólnie podróżowali po świecie, cieszyła się każdym jego sukcesem. Co ważne, nigdy nie ukrywała przed nim faktu, iż nie jest jego biologiczną matką. Sam oskarżony potwierdzał, że ich relacje układały się dobrze, ale z czasem konflikt zaczął narastać. Był tak gwałtowny, że w grudniu 2002 r. w domu dwukrotnie interweniowała policja. Sąd wskazał na swoistą rywalizację między matką i synem - to były dwie mocne osobowości mające tendencję do dominacji, a jednocześnie uzależnione od siebie. Sam sprawca skarżył się na to, że matka chciała kontrolować jego życie i była nadopiekuńcza, czego nie akceptował.
Wydając wczoraj wyrok, sąd podkreślił, że jedynym dowodem osobowym zarówno w poprzednich, jak i obecnym procesie, był sam oskarżony, który składał obszerne, wyczerpujące wyjaśnienia. Badając dogłębnie tę sprawę, uznał, że przedstawił on wiarygodną i spójną wersję wydarzeń, którą dodatkowo uprawdopodobniły uzupełniające opinie biegłych. Nie wykluczyli oni, że śmiertelne obrażenia głowy mogły powstać od uderzenia o wykafelkowaną ścianę. Dlatego zdaniem sądu nie było podstaw do przyjmowania działania z zamiarem bezpośrednim pozbawienia życia. Nie znaleziono też dowodów na to, że sprawca planował zabójstwo. Gdyby tak było, to już wcześniej zadbałby o narzędzia i materiały służące do ukrycia szczątków. Zdaniem sądu 19-latek działał z zamiarem ewentualnym spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, bo, wymierzając wątłej, schorowanej kobiecie mocny cios w twarz, musiał się liczyć z poważnymi skutkami takiego uderzenia. Przyjęto, iż działał w warunkach przekroczenia granic obrony koniecznej. Skutecznie obezwładnił bowiem matkę i nie musiał posuwać się dalej, by uniknąć ataku. Działając w pełni świadomie, nie pomógł kobiecie, wykazując w ten sposób obojętność, co do jej dalszego losu. Tym samym mógł przewidzieć, że ofiara umrze.
Wydając wyrok, sąd wziął pod uwagę okoliczności łagodzące - przede wszystkim młody wiek oskarżonego i fakt, iż nie był wcześniej karany. Znaczenie miało też to, że zło żył wyczerpujące wyjaśnienia. Sąd zaliczył skazanemu okres rzeczywistego pozbawienia wolności, bo obecny 25-latek spędził za kratkami już pięć i pół roku.
Wyrok nie jest prawomocny i obrona już zapowiedziała, że złoży od niego apelację. Wczoraj domagała się też niestosowania środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresz towania. Sąd nie wyraził jednak na to zgody, dowodząc, że nieprawomocny wyrok skazujący może skłonić oskarżonego do ucieczki lub ukrywania się przed wymiarem sprawiedliwości.
(SZEL) 